czerwca 05, 2020

Eko fanatyzm, czyli byleby się do czegoś przysrać

Odkąd pamiętam, moja kuchnia opierała się na resztkach. To, co zostawało po obiedzie, było na kolację lub robiłam z tego nowy posiłek. Tyczyło się to też produktów, które szybko się psuły. Gdy wyjechałam na studia, z dnia na dzień kwitło we mnie zainteresowanie stylem zero waste. Wydało mi się to potrzebne w dzisiejszych czasach. W szczególności, gdy naoglądałam się filmów o marnowaniu jedzenia czy naczytałam blogów i książek. (Jakby ktoś chciał coś na początek, to polecam książkę "Na marne" Marty Sapały).
Z czasem zaczęła budzić się we mnie mała fanatyczka niemarnowania jedzenia. Normalnie stosowałam tę zasadę tylko w domu, ale ostatnio zauważyłam, że przeniosłam to na zewnątrz, konkretnie do sklepu. 
Kilka dni temu na zakupach, przechodziłam obok owoców i warzyw. Widziałam poprzecinane arbuzy, zawinięte w folie, melony, ananasy i nagle to... Na samym szczycie stosu cytrusów leży pół pomarańczy (przecięta, owinięta filią). 
Zaczęłam się zastanawiać, kto i po co kupuje pół pomarańczy, a nawet jeśli, to przecież czyste marnotrawstwo jedzenia. Nikt teraz tego nie kupi. Przeciętą pomarańcze? Boże, co za głupota! 
Podchodzi do owoców jakaś pani i zaczyna wybierać całe pomarańcze naokoło tej jednej przeciętej na pół. Jej wzrok też zatrzymał się na tej przepołowionej, po czym zmarszczyła zdziwiona brwi i odeszła. Po chwili przyszła kolejna pani i zrobiła to samo. Wybrała całe pomarańcze, zostawiając smutną, jedną, samotną połówkę pomarańczy. Podeszłam do owoców i pomyślałam  
"nooo nie, zmarnuje się".
A ja przecież jestem MEGA EKO i teraz stoję przed bardzo ważnym pytaniem, wręcz życiową decyzją. W końcu już od 3 lat kupuje "samotne banany" by się nie zepsuły, używam mniej plastikowych toreb, segreguje śmieci, nie kupuje tony ubrań, noszę swoje torby na zakupy, wyzbywam się nadmiaru niepotrzebnych rzeczy, wiec czemu by nie kupić połówki pomarańczy i przyczynić się do czegoś pożytecznego? BIORĘ!
Chcę już zapłacić, lecz kasjerka patrzy się na mnie z zadziwieniem i nagle krzyczy na cały sklep 
"MARIOLAAA, czy my sprzedajemy połówki pomarańczy?"
Mariola na to:
"Nieee, to specjalnie dla klientów, żeby widzieli, jak wygląda pomarańcza od środka".
No i zgłupiałam. Kompletnie zdurniałam.
Zaczęłam się tłumaczyć, że nie lubię marnować jedzenia, jestem zero waste i bla bla blaaaaaa. Nie ważne. 
Dla tych kasjerek od dziś będę tą typiarą co chciała kupić pół pomarańczy, a nie superbohaterką, czy ekolożką chcącą bronic ziemie przed marnowaniem jedzenia.
Śmieje się z tego, bo miałam taką sytuację pierwszy raz i pewnie nieostatni w życiu, ale co by było, gdybym była prawdziwym fanatykiem ekologii, który potrafi chamsko przysrać się do kasjerek, że mają tak nie robić. Dodatkowo perfidnie zwrócić uwagę na plastikowe torby, że koszyki są z plastiku i o to, że rozerwane pudełko płatków już stanowi powód do wywalenia na śmietnik. Nie wspominając już o plastikowych słomkach, przez które umierają walenie, czy co tam umiera.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak ten cały nurt "zmiany wszystkiego na lepsze" potrafi zmienić człowieka na gorsze.
Ta sytuacja z pomarańczą nauczyła mnie, że czerpiąc informacje z każdej strony, że coś jest dobre/coś jest złe/coś może być/ale jednak nie/w sumie to złe/a może i dobre.... i w końcu wychodzi na to, że sama już nie wiem. Ja w sklepie głośno się śmiałam, razem z kasjerką i innymi klientami, przeprosiłam i nie kupiłam tej "wystawki" z połowy pomarańczy. Miałam pompę z siebie jeszcze pół dnia. Potem opowiedziałam to znajomym i rodzinie i oni też mieli dobry ubaw ze mnie i całej tej sytuacji.
Chciałam tu zwrócić uwagę, że coraz bardziej kształtujemy swoją świadomość konsumencką, ale czasem przeradza się ona we wręcz śmieszne rzeczy.
Zastanawiam się tylko, do czego to może prowadzić, ta wrażliwość, czy drażliwość na każdą nieekologiczną rzecz? Sama nasyciłam się teorią ekologicznego myślenia, jako lek na całe zło i potem świat to zweryfikował.
Jak najbardziej, w 100% popieram ekologię i niby w 90% wiem, że robię dobrze, to jednak te maniakalne 10% nagle zaczęło budzić we mnie obawy.
Może to już znak, że przesadziłam? Pewnie tak.
Przyznaje się bez bicia, przesadziłam.
Wiec teraz wyciągam wnioski, chowam znów moje zero waste-owe nawyki w kieszeń i przynajmniej już wiem, po co jest ta przekrojona pomarańcza.

A teraz szczerze. Widząc taką pomarańczę w folii, co byście pomyśleli?

2 komentarze:

  1. Ten fragment o pomarańczach przywołuje akcję społeczną, w ramach której twórcy apelowali o nieomijanie pojedynczych bananów oderwanych od kiści. Z początku wydawało mi się to abstrakcyjne, ale po jakimś czasie zacząłem zwracać uwagę na tego typu szczegóły.

    Jeśli ktoś chce wprowadzić do swojego życia elementy "filozofii" no waste, to polecam aplikację TooGoodToGo. Jak zwykle najprężniej rozwija się w Warszawie, ale ponoć pojawia się to w kolejnych miastach. Sam raczej nie mam okazji wyciągać resztek z lodówki, więc na moim przykładzie fajnie jest np. wapść do jakiejś restauracji. Dostajesz część pozostałego jedzenia, po czym reszta jest wyrzucana na Twoich oczach. Masz wtedy świadomość, że gdyby nie Twoja wizyta, zmarnowałoby się odrobinę więcej jedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałem napisać ten komentarz, zanim powrócę do lektury, oczywiście w następnym akapicie przeczytałem o kupowaniu samotnych bananów, nevermind :D

      Usuń

Copyright © Zielona Jagoda , Blogger