maja 17, 2020

Pozbywanie się Twoich rzeczy, bywa bolesne

Przez ostatnie kilka dni wyzbywam się wszystkich "niekomfortowych" rzeczy w mieszkaniu. Chodzi tu dokładnie, o rzeczy naszpikowane wspomnieniami, że jak na nie patrzę, to widzę Ciebie i jasny szlag mnie trafia. Po cholerę wniosłeś to do mojego mieszkania i już tam zostawiłeś? Przechodzą mnie ciarki, jak na to patrzę i nagle w głowie pojawia się gęste nostalgiczne uczucie. Tak gęste, że mogę kroić je nożem. 
Spoglądam jeszcze raz na te rzeczy. O zgrozo. Na start połowa do wywalenia, druga połowa do sprzedania. Cel jest szczytny, bo oczyszczenie miejsca, oczyszczenie głowy i najważniejsze... za sprzedane rzeczy, kupię książki. 

Gdy już większość ogarnęłam, na deser została kuchnia. Istny cmentarz wspomnień. Przyprawy, których nigdy nie użyję, dodatki, których zastosowanie znałeś tylko Ty i te cholerne krewetki. Ilekroć wyjmuję z zamrażalnika torbę mrożonych warzyw na obiad, to od stóp do głów przechodzi mnie prąd, który stawia wszystkie włosy na baczność. Zmora mojej kuchni. Krewetki w zamrażalniku. Wpychałam je coraz dalej i dalej, byle by moje oczy ich nie widziały. Już odpokutowałam wszystkie moje paskudne zachowania, kłamstwa i brudy. Tylko te mrożone krewetki wciąż przypominały mi najgorsze. Koniec. Dziś jest ten dzień, gdy ja, kompletnie zielona w kuchni, przygotuję krewetki i raz na zawsze się ich pozbędę. Mogłabym je po prostu wyrzucić, ale tak byłoby zbyt łatwo. Wyzwanie to wyzwanie. 
Okej, przecież to nie może być takie trudne. Mrożonki przygotowuje prawie codziennie. 
Dam radę. 
Otwieram torebkę. BOŻE. Na co ja się piszę. Przecież to będzie jakaś kompletna porażka. Ten zepsuty kisiel, czy ryż z robakami to będzie pikuś w porównaniu do tych krewetek. Spokojnie, postawiłaś sobie wyzwanie i to ogarniesz.

Dobra, woda gotowa. Krewetki rozmrożone, ugotowane. Teraz tylko na patelnie, czosnek, limonka, białe wino, zapowiada się cudownie. Gdy już siadam do tego talerza pełnego krewetek  i widzę mój triumf w kuchni. Jakby to Magda Gessler widziała, to ze wzruszenia ryczałaby jak bóbr, a ja wraz z nią. 
BOSKIE! PYSZNE! ROZPŁYWA SIĘ W USTACH! 
3 GWIAZDKI NA START I OTWARCIE WŁASNEJ RESTAURACJI, PFFF NO PEWNIE!

Wszystko było pięknie i cudownie do następnego dnia, kiedy to moje kuchenne rewolucje zamieniły się w gastryczne imperium spierdolenia. Modliłam się tylko o łaskawość. Oczywiście moje modły nie zostały wysłuchane i łazienka stała się moim nowym domem. Po 3 dniach ciężkiego pokutowania, za wyzbywanie się Twoich rzeczy, wyzbyłam się kompletnie złudzeń, że karma wraca. 
Oj wraca i to dość boleśnie. 
Karma i nie tylko karma.
Więc skoro już odpokutowałam i duszą i ciałem, zrozumiałam, że tak naprawdę, to te wszystkie przedmioty i nawet te krewetki, one nie mają żadnego znaczenia. To tylko przedmioty, a ja sama zaczęłam to rozmrażać, dodałam białe wino, limonkę i inne.
I gdy ktoś po raz kolejny zechce zostawić coś u mnie, co będzie budzić we mnie złe emocje, to obiecuję, że wypierdolę to przez okno przy najbliższej okazji.  
Dość drastycznie, ale z pewnością skutecznie.
Po prostu niektórych rzeczy się nie zostawia. Więc, jak macie jakieś mrożone krewetki w zamrażalniku, to trzeba je, tak czy siak, po pewnym czasie wyrzucić. Gdy są jeszcze zamrożone, a nie się z tym bawić. 
Bo pamiętajcie, rozgrzebywanie przeszłości, to taka karma, 
która wraca i boli jeszcze na następny dzień.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Zielona Jagoda , Blogger