kwietnia 10, 2020

Zazdroszczę kucharzom tej lemoniady

W moim życiu było kilku fenomenalnych kucharzy.
Jeden z nich dał mi przepis na omlety, które były wielkie i tak puszyste, że mogłabym ich używać zamiast poduszek do łózka. Był chudy, jak patyk i piekielnie ambitny. Jak się wkurzał, to cala kuchnia chodziła i chyba to było najlepsze. W takim chudym i pozornie spokojnym chłopaku była energia, która oświetliłaby pewnie całe miasto. Pewnie ćpał.
Nieee, żartuje.
Drugi miał świetne poczucie humoru, był postury prawdziwego kucharza i uświadomił mi jak dobra jest jajecznica z cebulą. Przypominał mi kolegę z podstawówki i może właśnie dlatego tak bardzo go polubiłam. Miał na dodatek cudowną dziewczynę, która pasowała do niego tak bardzo, że czasem sama marzyłam o takiej dziewczynie.
Byli też tacy, co pokazywali mi jak można ciężko pracować i studiować i jak można nie studiować i robić wszystko na odwal.
Jeden z nich robił najlepsze bajgle jakie jadłam w życiu i męczy mnie to bardzo, bo do dnia dzisiejszego nie pamiętam jego imienia. Ups..
Przed moimi oczami przewinęło się kilkoro kucharzy i pomocy kuchennej tyle, że mogłabym na spokojnie stworzyć ze wspomnień najlepszą restaurację na świecie. Konkurując z Magdą Gessler rapowałabym u Wojewódzkiego, że "u mnie goloneczka też".
Był też taki kucharz, który przez chwilę został moim prywatnym kucharzem. Jedliśmy tyle wspólnych posiłków, że przytyłam 5 kg i mogłabym pewnie przytyć i kolejne 5, gdyby nie zatrucie żołądkowe. W przenośni i dosłownie. Zatrucie żołądkowe, które przyniosło przemyślenia tak ciężkie, że nie udźwignęłabym ich ja, on i cała ta pomoc kuchenna. Trochę tak jak happy meal bez zabawki. Tylko, że mój happy meal był bardzo kaloryczny i zamiast jabłka była ogromna beza z sosem truskawkowym. Plus jest taki, że ten kucharz (nieświadomie) zmienił moje życie i zdążyłam najeść się za wszystkie czasy.
Był też taki kucharz, który miał i wciąż ma w sobie to coś co mnie przeraża. Mógłby przyjść i powiedzieć, że od dziś on będzie moim mentorem i zakładamy muzeum ludzików z kasztana, a ja bym się zgodziła. Serio. Shut up and take my money. Zróbmy najlepsze muzeum ludzików z kasztana jakiego jeszcze nie widział świat. Typ ma w sobie takie dziwne coś, jakieś fluidy, co mnie wbijają w podłogę i nie to jest najgorsze... bo on jest na dodatek przystojny. Taka kompilacja, która potrafi być niebezpieczna. 
Taki typ jest niebezpieczny, jak wąż rzeczny 
i trzeba uważać.
W ogóle mężczyźni w gastronomii to mój czuły punkt. Ja zjadłabym wszystko, serio. Kanapkę ze śmietnika i majonez z dżemem, zapiła piwem i do tego napchała sobie policzki bitą śmietaną na koniec, a oni? A oni przygotowują zawsze takie piękne dania, poukładają to na talerzu, że aż szkoda jeść. 
Ja nie umiem gotować i nawet nie odważyłabym się nałożyć tej ich czadowej białej czapki.
I chyba właśnie dlatego tak mnie do nich ciągnie, do tej pasji, do perfekcji, do miłości w jedzeniu, do wyczuwania każdego składnika i delektowania się nim, do tego wszystkiego czego mi brak. Ja tak nie potrafię i im zazdroszczę.
W kuchni idę na łatwiznę i na odwal.

Bo gdy im życie daje cytryny,
to robią lemoniadę,
a ja,
robię cytrynówkę
i idę się schlać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Zielona Jagoda , Blogger