O tym, jak przemoc rodzi przemoc

Wchodzę po schodach i już Cię widzę. Boże, czemu Ty musisz wciąż stać mi na drodze? Kładziesz mi komentarze i krzyki pod nogi w oczekiwaniu na mój upadek. Przecież nic Ci nie zrobiłam. Nie dogryzam, nie szydzę i nie biję złym słowem, a w zamian dostaje to wszystko razy dwa. Doprowadzasz mnie do szaleństwa i w mojej głowie już dzieje się cyrk.
Wyobrażam sobie, że wstaje i uderzam Cię mocno w twarz, a Ty mdlejesz, bo nie masz już żadnego argumentu. Widzę jak Twoje ciało upada i roztrzaskuje się na milion małych kawałków, które zgrabnie zamiatam pod dywan. 
Znów mnie oskarżyłeś o życie i bycie sobą. Najlepiej jakbym ust nie miała i była przezroczystą materią. Burzy się krew w żyłach i chyba zaraz mnie zaleje. Negujesz każde moje słowo. Czemu Ty musisz być taki chamski? 
Terapeuci mówią, żeby pomyśleć miło o swoim oprawcy. Dlatego zasypiam z myślą o Tobie i o dziwo, śnię o pięknych rzeczach. O tym jak przejeżdżam Cię samochodem, o tym jak, popchnięty przeze mnie, spadasz z urwiska i o tym jak znikasz w wannie pełnej kwasu, który uprzednio kupiłam na wyprzedaży. Masz wtedy takie miękkie serce, wręcz rozpada się w rękach. A mi jest błogo, gdy tak śnię o Tobie. Proszę, niech ten sen się nie kończy, było tak pięknie, tak lekko i cicho.  Zamykam znów oczy i wyobrażam sobie jak umierasz, tak samo jak ja umieram od Twoich słów.

Komentarze

Popularne posty