sierpnia 31, 2020

Wakacyjne miłostki

Wakacyjne miłostki

Chciałabym się zakochać szybko. Jak w teledyskach krzyczeć do całego świata, że jesteśmy młodzi i wszystko nam jedno. Pić piwo na plaży i śmiać się tak głośno, żeby wkurwiać wszystkich na około, a potem kąpać się w nocy w ubraniach lub bez, w jeziorze lub nie. Jeździć po mieście samochodem wystawiając nogi przez okno jak frajerzy i słuchając muzyki z odpalonym na full głośnikiem, żeby na następny dzień bolały mnie uszy. 

Chciałabym się zakochać odważnie. Śpiewać piosenki, które śpiewam tylko dla siebie i moich białych ścian, kubków i talerzy. Chodzić na wszystkie możliwe koncerty, oglądać wystawy, mimo, że Cię to nie interesuje i mówić tak szybko o tym, żeby zabrakło mi kiedyś tchu. Zwiedzać to, co nieodkryte i odkrywać to, co już znam na pamięć. Przywierać do cudzych ust i spacerować po centymetrach obcej skóry, bez butów. 

Chciałabym się zakochać bezboleśnie. Bez niepotrzebnie rozbitych kieliszków i spalonych patelni. Bez chodzenia wokół bloku i powtarzania sobie każdej wersji. Bez zgagi, dreszczy i chłodu. Niech to będzie bezbolesne. Tak zwyczajnie. 

Znieczulone przez Twoje szklane oczy i moje wybuchy śmiechu. Przez Twoje rozczochrane włosy i mój rozmazany tusz na powiekach. Przez Twoje ciepłe usta i moje zimne dłonie. Znieczulone przez Ciebie i przeze mnie. 

Wszystko przez Ciebie! 

Wszystko przeze mnie!

Chciałabym się zakochać mądrze, bo lubię pisać teksty o miłości. Proste.

A wyszło jak zwykle. Krzywo.


 

lipca 29, 2020

Współczucie i burzenie krwi w żyłach

Współczucie i burzenie krwi w żyłach
Od ostatniego posta udało mi się napisać 11 innych tekstów, które uznałam za beznadziejne, 2 artykuły i pół strony magisterki. Zdążyłam też wypić kilka butelek wina, na które mnie nie stać, zapomnieć i przypomnieć sobie znów o złożonych wcześniej obietnicach. Nauczyć się golić nogi, by nie podrażniać skóry, najpierw z włosem, potem pod włos i znów z włosem, kupić nową paletkę cieni i wymienić tusz do rzęs na nowy. Przeczytać wywiady, które budziły współczucie i burzyły krew w żyłach. Wrócić do biegania, rzucić to i znów wrócić. Poznać typa z Tindera i po raz kolejny obudzić współczucie, o burzeniu krwi w żyłach nie wspominając. Przez przypadek natknąć się na nowego sąsiada i prawie zabić menela wyrzucając śmieci.
Czy ta mała przerwa coś mi dała?

Chciałam coś zmienić. Zacząć nowy rozdział, w którym piłabym zielone koktajle i miałabym swoje wieczorne 3-godzinne rytuały zmywania makijażu.
Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że zmarnowałam czas, jednak nie czuje się zadowolona. Oczywiście ciesze się, że nie zabiłam menela, ale czy wyrzucanie śmieci o 4 rano jest dobre? Czasem myślę, że gdzieś ucieka mi produktywność. Przez przypadek rozleję kubek z kawą i już dzień stracony. Jeszcze jakby było to mleko to pół biedy, a tak to kartka z kalendarza zalana, oczy łzami zalane i ja też zalana.
Zatem, co się działo, jak nic się nie działo?

Wszystko budziło we mnie współczucie, jednocześnie burząc krew w żyłach. Każdy zbyt wolno schodzący po schodach przechodzień, każda ulotka o kredycie, która trafiła do mojej skrzynki pocztowej i grube dzieci stojące w kolejce po zapiekanki.
Nawet zbieranie prania z balkonu, bo wylatują wtedy z ubrań ćmy wielkości dinozaurów. Kiedy to zdążyło się zmutować? Jeszcze takie mokre, po wieczornej wilgoci, upadają na płytki z charakterystycznym dźwiękiem, jakbym mokrą szmatą uderzała o podłogę. Potem niezgrabnie starają się odlecieć, jeszcze otumanione snem, kołyszą się uderzając o moje nogi.
I jak tu zachować spokój ducha, gdy jakieś żywe istoty starają się wyspać, po nocnym nawalaniu w szkło i szukaniu blasku?
Ehh..współczuję tym wszystkim pięknym nocnym motylom. Niby motylki, a jednak ćmy.
Dziś znów były, gdy nad ranem zbierałam pranie.
Ich rozmyty makijaż osadza się pod oczami i tworzy specyficzne wzory z czarnego pyłu, a chude nóżki ledwo dźwigną pukle włosów i sztucznych rzęs, jeszcze mokrych od wieczornej wilgoci. Starają się odlecieć, jednak wciąż chwieją się otumanione snem.
I jak tu zachować spokój ducha, gdy jakieś żywe istoty starają się wyspać, po nocnym nawalaniu w szkło i szukaniu blasku?


lipca 08, 2020

Zabrakło mi słów

Zabrakło mi słów
Zauważyłam, że przez kwarantannę mniej mówię. Dosłownie ciężko mi otworzyć usta. Może to wynik braku kontaktu z żywym człowiekiem lub ograniczenie życia do mediów społecznościowych i smsów? Nie wiem. Po prostu zabrakło mi słów w ustach, a gdy już je znajdę, to bardzo ciężko przechodzą mi przez gardło. Kłębią się w głowie i kłębią. Tworzą czarną kulę pomieszanych liter i gdy tylko chcą się wydostać, napotykają blokadę. Jakby rozłąka z poprzednim życiem zacisnęła pętlę na szyi i uniemożliwiała normalną komunikację. 
Więc zaczęłam analizować. 
Doszukiwać się. 
Przeszukiwać. 
Zanurzać się w prozę ludzi messengera.
Czytać między wierszami wiadomości.
Ależ to piękna sztuka wynikła, z tego naszego nowoczesnego życia.
Minimalizm i brak przecinków.
To właśnie tworzy komunikację?
Jak się pytam.
Co ludzie piszący "k" zamiast "ok" robią z tym całym zaoszczędzonym czasem?
Co istoty żywe rozumieją przez słowo "nom"?
Czemu wszystko wymaga swojego skrótu?
Co sprawiło, że potrafimy tak szybko pisać, a tak ciężko nam wypowiedzieć pełne zdanie?
Gdzie przecinki, gdzie kropki?
Czemu wszystko można opisać emotkami?
Gdzie do cholery podziały się słowa?!
A gdy już one są, to aż mnie za serce łapie, 
gdy słyszę, że coś się"otwarło" lub "włanczyło".
Dobry Boże! Czemu?
Czemu mi zabierasz słowa z ust, a przekładasz na papier?
Kiedy dziś nawet papieru brak, bo wszystko w komputerze, komórkach i w chmurach.
Dziś się nie mówi.
Dziś się pisze, robi zdjęcia i emotikonami zasiedla terytoria liter.
Biedni wysiedleńcy tworzą czarną kulę w mojej głowie i tam już zostają,
bo gardło zaciśnięte,
od zmian na nowe.

czerwca 18, 2020

Dźwięk wstydu

Dźwięk wstydu
Każdy w swoim życiu popełnił jakiś czyn, po czym musiał borykać się z jego konsekwencjami. Nie wiem, czy wzrośliście uwagę, ale każdy wstyd odczuwany po danej sytuacji ma inny dźwięk. Przeszywający Cię na wskroś odgłos przypominający co zrobiłeś poprzedniego dnia, kilka tygodni temu czy lat. 
U jednych jest to płacz dziecka, gdy starając się być dobrą matką, zapomniałaś odebrać córkę z przedszkola. U innych jest to trąbienie przejeżdżających obok Ciebie aut, gdy przez swoją nieuwagę przerysowałeś komuś auto. U jeszcze innych jest to cisza, głęboka, dobijająca pustka w mieszkaniu, gdy po raz kolejny pokłóciliście się, a ona wyszła, 
trzaskając za sobą drzwiami.
U mnie tym dźwiękiem jest szczekanie psów i tłuczone szkło. 
A konkretnie wyrzucanie i wyzbywanie się tego, co powodowało zaniki i olśnienia. 
Ile razy w życiu odwaliłam głupoty po alkoholu, to nie zliczę. Oczywiście były śmieszne sytuacje, ale zdarzyły się też nieprzyjemne. Jednak gorsze jest to, co wtedy moje oczy widziały i uszy słyszały. 
Dokładnie znam ten paskudny dźwięk wyrzucanych na następny dzień butelek do pustego kontenera na śmieci. Za każdym razem chcę to zrobić delikatnie, aby nikt nie słyszał, ale chyba los za każdym razem opróżnia pojemnik i butelka uderzająca o dno nagle roztrzaskuje się w drobny mak, robiąc przy tym echo na całe osiedle. 
A czemu szczekanie psów?
Jak już wspomniałam w innym wpisie, miałam kiedyś praktyki jako technik weterynarii i któregoś dnia przypadł mi ten zaszczyt przenoszenia...
[ehh.. przepraszam wszystkich ludzi wrażliwych]
martwych zwierząt do zamrażalników. Problem był w tym, iż lodówki znajdowały się daleko. Na tyle daleko, że trzeba było wyjść z tym "kotem w worku" na zewnątrz i przejść cały korytarz pełen psów. 
One czuły. 
Czuły mój wstyd i smutek, że jeszcze kilkanaście minut temu, w tej istocie tliła się iskierka życia. Im przyśpieszałam kroku, tym głośniej szczekały. I może nie odbiłoby się to tak mocno w mojej głowie, gdyby nie fakt, że musiałam to robić więcej niż raz. Dużo więcej. 
Taka rola praktykanta.
"Przecież martwe zwierze już nic Ci nie zrobi",
mówili. 
Nie jest i nie było mi wtedy do śmiechu. Zrozumie mnie pewnie tylko ten, kto musiał kiedykolwiek nieść martwą istotę na rękach.

Dziś rozbita szklanka przerwała ciszę i przywołała szczekanie psów.
Przypomniałam sobie, 
jaki dźwięk ma mój wstyd
i to, że za każdym razem, gdy go słyszę, 
czuję dreszcz przeszywający od stóp do głów, 
a wewnętrzny niepokój zatrzymuje mi serce na sekundę.
Bolesną sekundę.

czerwca 05, 2020

Eko fanatyzm, czyli byleby się do czegoś przysrać

Eko fanatyzm, czyli byleby się do czegoś przysrać
Odkąd pamiętam, moja kuchnia opierała się na resztkach. To, co zostawało po obiedzie, było na kolację lub robiłam z tego nowy posiłek. Tyczyło się to też produktów, które szybko się psuły. Gdy wyjechałam na studia, z dnia na dzień kwitło we mnie zainteresowanie stylem zero waste. Wydało mi się to potrzebne w dzisiejszych czasach. W szczególności, gdy naoglądałam się filmów o marnowaniu jedzenia czy naczytałam blogów i książek. (Jakby ktoś chciał coś na początek, to polecam książkę "Na marne" Marty Sapały).
Z czasem zaczęła budzić się we mnie mała fanatyczka niemarnowania jedzenia. Normalnie stosowałam tę zasadę tylko w domu, ale ostatnio zauważyłam, że przeniosłam to na zewnątrz, konkretnie do sklepu. 
Kilka dni temu na zakupach, przechodziłam obok owoców i warzyw. Widziałam poprzecinane arbuzy, zawinięte w folie, melony, ananasy i nagle to... Na samym szczycie stosu cytrusów leży pół pomarańczy (przecięta, owinięta filią). 
Zaczęłam się zastanawiać, kto i po co kupuje pół pomarańczy, a nawet jeśli, to przecież czyste marnotrawstwo jedzenia. Nikt teraz tego nie kupi. Przeciętą pomarańcze? Boże, co za głupota! 
Podchodzi do owoców jakaś pani i zaczyna wybierać całe pomarańcze naokoło tej jednej przeciętej na pół. Jej wzrok też zatrzymał się na tej przepołowionej, po czym zmarszczyła zdziwiona brwi i odeszła. Po chwili przyszła kolejna pani i zrobiła to samo. Wybrała całe pomarańcze, zostawiając smutną, jedną, samotną połówkę pomarańczy. Podeszłam do owoców i pomyślałam  
"nooo nie, zmarnuje się".
A ja przecież jestem MEGA EKO i teraz stoję przed bardzo ważnym pytaniem, wręcz życiową decyzją. W końcu już od 3 lat kupuje "samotne banany" by się nie zepsuły, używam mniej plastikowych toreb, segreguje śmieci, nie kupuje tony ubrań, noszę swoje torby na zakupy, wyzbywam się nadmiaru niepotrzebnych rzeczy, wiec czemu by nie kupić połówki pomarańczy i przyczynić się do czegoś pożytecznego? BIORĘ!
Chcę już zapłacić, lecz kasjerka patrzy się na mnie z zadziwieniem i nagle krzyczy na cały sklep 
"MARIOLAAA, czy my sprzedajemy połówki pomarańczy?"
Mariola na to:
"Nieee, to specjalnie dla klientów, żeby widzieli, jak wygląda pomarańcza od środka".
No i zgłupiałam. Kompletnie zdurniałam.
Zaczęłam się tłumaczyć, że nie lubię marnować jedzenia, jestem zero waste i bla bla blaaaaaa. Nie ważne. 
Dla tych kasjerek od dziś będę tą typiarą co chciała kupić pół pomarańczy, a nie superbohaterką, czy ekolożką chcącą bronic ziemie przed marnowaniem jedzenia.
Śmieje się z tego, bo miałam taką sytuację pierwszy raz i pewnie nieostatni w życiu, ale co by było, gdybym była prawdziwym fanatykiem ekologii, który potrafi chamsko przysrać się do kasjerek, że mają tak nie robić. Dodatkowo perfidnie zwrócić uwagę na plastikowe torby, że koszyki są z plastiku i o to, że rozerwane pudełko płatków już stanowi powód do wywalenia na śmietnik. Nie wspominając już o plastikowych słomkach, przez które umierają walenie, czy co tam umiera.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak ten cały nurt "zmiany wszystkiego na lepsze" potrafi zmienić człowieka na gorsze.
Ta sytuacja z pomarańczą nauczyła mnie, że czerpiąc informacje z każdej strony, że coś jest dobre/coś jest złe/coś może być/ale jednak nie/w sumie to złe/a może i dobre.... i w końcu wychodzi na to, że sama już nie wiem. Ja w sklepie głośno się śmiałam, razem z kasjerką i innymi klientami, przeprosiłam i nie kupiłam tej "wystawki" z połowy pomarańczy. Miałam pompę z siebie jeszcze pół dnia. Potem opowiedziałam to znajomym i rodzinie i oni też mieli dobry ubaw ze mnie i całej tej sytuacji.
Chciałam tu zwrócić uwagę, że coraz bardziej kształtujemy swoją świadomość konsumencką, ale czasem przeradza się ona we wręcz śmieszne rzeczy.
Zastanawiam się tylko, do czego to może prowadzić, ta wrażliwość, czy drażliwość na każdą nieekologiczną rzecz? Sama nasyciłam się teorią ekologicznego myślenia, jako lek na całe zło i potem świat to zweryfikował.
Jak najbardziej, w 100% popieram ekologię i niby w 90% wiem, że robię dobrze, to jednak te maniakalne 10% nagle zaczęło budzić we mnie obawy.
Może to już znak, że przesadziłam? Pewnie tak.
Przyznaje się bez bicia, przesadziłam.
Wiec teraz wyciągam wnioski, chowam znów moje zero waste-owe nawyki w kieszeń i przynajmniej już wiem, po co jest ta przekrojona pomarańcza.

A teraz szczerze. Widząc taką pomarańczę w folii, co byście pomyśleli?
Copyright © Zielona Jagoda , Blogger